17 stycznia 2016

Śnieżek, czapka i dwa parki.

Tyle nam śniegu napadało w nocy, a właściwie może nad ranem. Tyle co kot napłakał. Pomimo to i tak się cieszę, bo nie wiadomo czy jeszcze spadnie w tym roku jakiś śnieg.


Wczoraj wieczorem przed zaśnięciem sprawdzałam pogodę. Zapowiadali, że nazajutrz ma padać śnieg, yy-hm, ile razy ja już to słyszałam, nigdy nie pada.  Pomimo to, w razie czego, jakby co, nastawiłam budzik żeby wstać wcześnie [niedziela!], żeby złapać domniemany śnieżek nim się rozpuści i porobić zdjęcia nowej, wydzierganej czapce. Budzik zadzwonił o 7.30. Wstałam, odsunęłam zasłonki, spojrzałam za okno... Owszem [zdziwiłam się] było troszkę śnieżku, byle co. Zrobiłam kwaśną minę, obkręciłam się trzy razy w kółko i wróciłam do łózia na jeszcze troszkę snu..., bo... jeśli śnieżku jest tylko troszkę, to czym się tu ekscytować i fatygować z wstawaniem, ubieraniem i wczesnym wychodzeniem z domu na takie ciapkowe, mokre zimno, [temperatura dodatnia] skoro do pracy się nie musi, bo niedziela. Grzech.
No i tak kisiłam się w tym łóżku [wcale nie ciepłym] do 8.30 nie mogąc już ponownie zasnąć i zastanawiając się - właściwie wstać, czy nie wstać? Doszłam do wniosku, że istnieje prawdopodobieństwo, że to jedyny śnieżek w tym roku więc głupio by było zmarnować taką okazję i nie pójść do tego parku, nie popstrykać zdjęć, nie popatrzeć, nie podeptać śnieżku i nie nacieszyć się tą namiastką prawdziwej zimy.
Wbrew pozorom [zazwyczaj wstawanie jest powolne, ociężałe i bardzo nieszczęśliwe] w jednym skoku wyskoczyłam z łózia, ubrałam się, chwyciłam aparat i czapkę, zarzuciłam buty i wyleciałam na dwór. Nawet nie zjadłam śniadania, nie umyłam zębów, ...bo czas ucieka i niedługo zlecą się do parku lokalni tubylcy, podepczą cały śnieg i zagęszczą atmosferę, a ja przecież muszę mieć czas i miejsce na robienie zdjęć czapce bez rozdziawionych gapiów. Choć muszę przyznać, że generalnie przechodzący, gapiący ludzie są raczej pozytywnie i sympatycznie zaciekawieni i często się uśmiechają, ale ja lubię pstrykać zdjęcia w prywatności, bo inaczej to się peszę ;-]
Wybiegłam z domu i powstał dylemat, do którego pójść parku: do tego większego, ale bardziej dzikiego, gdzie będzie mniej ludzi, czy do tego ładniejszego, ale gdzie będzie ludź na ludziu [wkrótce].
Wzięłam autobusik do tego większego i dzikszego... i to był troszkę błąd, bo na miejscu okazało się, że tam pełno błotka, a ja nie założyłam odpowiednich butów. Popstrykałam tylko parę zdjęć niedaleko wejścia. Zawinęłam ogon i szybciorem podreptałam, a raczej pociapałam po błotku na autobusik żeby pojechać do tego drugiego parku i zdążyć jeszcze przed ludziami.


Śnieg i czapka kłóciły się kto jest gwiazdą dnia. 

Zazwyczaj nie robię pomponików w moich czapkach, nie za bardzo lubię, ale podoba mi się, jak inni mają czapki z pomponami.  Przy tej czapce zrobiłam wyjątek, bo wydawało mi się, że pompon będzie świetnie pasował.


 Jejku, śnieżek na mojej czapce! Prawdziwy śnieżek :-]

Jakoś mi się bardzo podobało to drzewo :-]

Szarówka i błocko.

Z początku miałam w planie przejść przez ten park, ale właśnie w tym miejscu zdecydowałam, że nie ma co się pchać, dalej będzie tylko gorzej, a z pewnością nie lepiej. Nie miałam kaloszków na nóziach i niestety musiałam poświęcić prawdopodobne, ładne, śnieżne widoki. Postanowiłam popstrykać parę zdjęć w tym miejscu, w którym się znajduję i biec do drugiego parku.

 Czapa wisi na drzewie.

Czapa leży na drzewie.


Na niebie chmury. Szarówka. Niestety nie był to słoneczny, mroźny dzień z błękitnym niebem i  ostrym, przejrzystym, świeżym, zimowym powietrzem. No cóż, nie można mieć wszystkiego. W sumie, jak chcę sobie pooddychać takim powietrzem, to muszę po prostu jechać do Polski. :-]
Zawinęłam się i pobiegłam na przystanek.


A oto już w drugim parku [Crystal Palace]

 Ciemne, praktycznie czarno-białe zdjęcia, bo pogoda taka ciemna :-[

 Kreaturki pod kołderką śnieżku.

 W tym miejscu śnieg leży całkiem ładnie. Powinnam była od razu przyjechać do tego parku i nie tracić czasu na tamten.

 W niektórych miejscach, to śnieg miał na tyle grubą warstwę, że mi tak przyjemnie chrupał pod nogami  :-]
Trochę ludzi spacerowało z psami, ale nie było jeszcze bardzo pełno.


 Warstewka zamarzniętej wody :-]
Ten park definitywnie jest ładniejszy i ciekawszy.

 Ten odnowiony, zielony dinozaur po lewej, miał nawet manicure zrobiony. Chyba też muszę sobie kupić taki ładny, biały lakier do paznokci.

 Czapka też chciała popatrzeć.

Zimne, kacze nóżki.

 - A teraz tańczymy w kółeczko.

Czapusia na mostku chciała sobie popatrzeć z jednej strony...


... i z drugiej strony.


Czapeczka wydziergana na drutach 4,5 mm [4mm ściągacz] z Drops Nepal, 65% wełna i 35% alpaka.

 A tak oto wyglądała reszta parku. Miałam sobie powędrować dalej, ale już mi się nie za bardzo chciało. Paluszki w rękawiczkach zmarzły od pstrykania zdjęć. Choć nie było jakoś wyjątkowo zimno [ mrozu nie było] , to jednak pragnęłam już iść do domu i napić się czegoś ciepłego... zjeść w końcu to śniadanie, wykąpać się...


Pozdrawiam i do następnej wycieczki :-]

Ps. Acha, wiem że nie pokazuję zbyt wiele w tym miesiącu, ale dziergam cały czas dzielnie i zawzięcie. Trochę też sprułam to co wydziergałam, ale pomimo to, jeden sweterek jest już prawie skończony, a drugi w dużej mierze zaczęty więc ... może nawet w tym tygodniu pojawi się coś nowego... :-D

4 komentarze:

  1. Bardzo ładna czapeczka :) Podoba mi się, że ściągacz i pomponik są w innym kolorze ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudne widoki :-) Piękne tło dla wspaniałej czapki :-) Fantastyczne kolory i śliczny pompon.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń